Pokój nauczycielski

Wywiad z K. Barańskim

Aby się czegokolwiek nauczyć, potrzebujemy motywacji…

 Z Kazimierzem Barańskim – pasjonatem Internetu, nauczycielem informatyki, opiekunem zespołu„=Quan=Rolnicy” – zwycięskiej drużyny III edycji DialNet Masters w kategorii gimnazjalnej z Gimnazjum Ratowników Górskich w Świeradowie-Zdroju rozmawiamy o ciekawości, pragnieniu nagrody, chęci pokonywania przeszkód, rywalizacji i pozytywnych emocjach.

A.K.: Jak Pan ocenia ideę olimpiady DialNet Masters?
K.B.:
Przez trzy kolejne edycje konkursu uczestniczyła w nim dość pokaźna grupa uczniów z mojej szkoły. Olimpiada wyzwala ogromną ilość emocji. Samo uczestnictwo, nawet bez szczególnych osiągnięć, daje wiele satysfakcji, nowych doświadczeń i wiedzy. Obok rywalizacji jest to zwyczajnie świetna zabawa. Etapy on-line obwarowane limitami czasowymi zmuszają zespół do współdziałania i podejmowania szybkich i czasami ryzykownych decyzji – samo życie. Jest to także moment, w którym wyłania się lider, ktoś potwierdza w zespole swoją pozycję lub ją zwyczajnie traci. Półfinały i finał – jeśli nie byliście, to postarajcie się w nich uczestniczyć, jeśli byliście - to komentarz jest zbędny :) .

A.K.: Udział w olimpiadzie był przełomowym wydarzeniem w Panu w pracy z uczniami? Dlaczego?
K.B.:
Tak. Moi uczniowie przekroczyli „masę krytyczną” – wspaniałe doświadczenie. Od tej chwili wszystko w pracy z zespołem potoczyło się lawinowo. Nie musiałem być w „centrum”, przyjęto mnie do kręgu. Zatarła sie granica pomiędzy edukowanym i edukującym. Wspólnie wyznaczaliśmy nowe obszary poszukiwań w sieci, zdobywaliśmy podręczniki, wyznaczaliśmy kolejne cele i zadania.

A.K.: A jak przebiegał sam proces przygotowywania do olimpiady? To wyczerpujące czy ekscytujące zajęcie?
K.B.:
Do pierwszej edycji przystąpiliśmy, jak większość uczestników, spontanicznie. Zaciekawiła nas nowatorska formuła konkursu i muszę przyznać, że z półfinałów w Jeleniej Górze wyszliśmy oczarowani. Było jasne – my tu wrócimy! Do kolejnej edycji przygotowywaliśmy się na kole informatycznym, przewidując możliwe zadania. Uczniowie poznawali protokoły, rodzaje usług, adresację IP itp. To była ciężka i wytrwała praca. Dopiero za trzecim razem zdołaliśmy przebić się przez półfinały. Przez ostatnie trzy miesiące przed finałem, spędzaliśmy nawet po osiem godzin tygodniowo w szkolnej pracowni zanurzeni po uszy w zagadnieniach sieciowych.

A.K.: Wyłonił się jakiś przywódca zespołu?
K.B.:
Zespół zyskał silnego lidera: Maćka Bałutę – kapitana i „informatyczny mózg zespołu”, uczestniczącego po raz trzeci w konkursie. Pozostali Arkadiusz Lewandowski, Przemysław Oskierko i Paweł Nerka mieli wyznaczone przez Maćka konkretne obszary wiedzy, w których się specjalizowali.

A.K.: Praca z nastolatkami nie należy chyba do najłatwiejszych. W dodatku w takiej olimpiadzie jak DialNet Masters dochodzą olbrzymie emocje, ambicjonalne podejście do wygranej…
K.B.:
Po pierwsze – nie należy zmuszać do udziału w olimpiadzie, ani też nie zniechęcać. Po drugie – nie poskramiać emocji. Po trzecie – nie okiełznywać, a raczej akceptować, a po czwarte: pomóc, doradzić, podpowiedzieć. Jako ciekawostkę dodam, że przed finałem mój zespół skorzystał z pomocy psychologa. Chłopcy uznali, że warto poznać nowoczesne techniki radzenia sobie ze stresem i silnymi emocjami.

A.K.: To prawda, że do wygranej zespołu przyczyniła się… pizza?
K.B.:
No tak, rzecz najważniejsza, która być może przesądziła o wygranej w półfinałach w Świdnicy i finale we Wrocławiu. Rzeczywiście, miałem z moimi uczniami zakład. Wygrywacie – stawiam pizzę lub MacDonald’a, przegrywacie… to już nasza tajemnica.

A.K.: Jaki jest, według Pana, najlepszy sposób uczenia innych? Czy jest jakaś metoda „wychowania” olimpijczyka?
K.B.:
Powiem krótko. Aby się czegokolwiek nauczyć, potrzebujemy motywacji. To może być ciekawość, pragnienie nagrody, chęć pokonania przeszkody, rywalizacja. Odwrócenie kolejności w stylu „najpierw się naucz, a potem się dowiesz, po co ci to potrzebne”, jest mało skuteczne. Cenię wspólne poszukiwanie i sytuacje, w których uczeń samodzielnie odnajduje rozwiązanie. Nie znam metody wychowania olimpijczyka.

AK: Czy szkoła w jakiś sposób zaangażowała się w konkurs, pomogła w przygotowaniach uczniów?
K.B.:
W Miejskim Zespole Szkół w Świeradowie Zdroju mamy dwie świetnie wyposażone pracownie komputerowe i nowoczesną, sprawnie działającą sieć komputerową. Zakup oprogramowania, przy racjonalnym uzasadnieniu takiej potrzeby, nigdy nie stanowił problemu. Pracownie - poza zajęciami informatyki - są w ciągłym użyciu i rzadko świecą pustkami. Zawsze mogę liczyć na wsparcie w realizacji projektu, organizacji konkursu.

AK: Szkoła pomagała, a kibice zespołu?
K.B.:
Oprócz drużyn w olimpiadzie biorą udział również kibice. Mają do odegrania niebagatelną rolę. To oni przede wszystkim tworzą atmosferę rozgrywek. Zawsze dbamy o to, by nam towarzyszyli przy kolejnych zmaganiach – to oni tworzą najcieplejsze i autentyczne wsparcie dla zawodników.

A.K.: W jaki sposób młodzież reagowała, biorąc udział w konkursie?
K.B.:
Kibice świetnie się bawili – to pewne. Zawodnicy – mocno koncentrowali się na zadaniach. Prawdziwe i gorące emocje pojawiają się w chwili ogłaszania wyników.

A.K.: Co zyskał Pan dzięki udziałowi w olimpiadzie?
K.B.
: Przede wszystkim radość z wygranej chłopców i to radość, którą podzielało z nami wielu znanych i nieznanych nam ludzi. Bardzo ciepłe przyjęcie w szkole. Miałem przyjemność uczestniczyć we wspaniałej wyprawie do Chin. Zyskałem także energię do dalszej pracy.

A.K.: I na koniec proszę opowiedzieć o swoich wrażeniach z wycieczki do Chin – nagrody głównej w III edycji DialNet Masters. Co najbardziej Pana zachwyciło?
K.B.: Bardzo trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Chciałoby się powiedzieć, że wszystko. Ogromne wrażenie wywarły na mnie Wielki Mur Chiński i oczywiście Zakazane Miasto w centrum Beijing. Odpowiem jednak inaczej: najbardziej spodobali mi się ludzie, przyglądający się nam dyskretnie, bez wrogości, z życzliwym zainteresowaniem. Częste uśmiechy, prośby o wspólne zdjęcie, zagadywanie po angielsku, brak jakichkolwiek przejawów wrogości utkwiły mnie w przekonaniu, że Chińczycy to ludzie otwarci i pozbawieni niechęci wobec obcokrajowców. Zachwycił mnie chiński teatr. Zdumiewająca mieszanina tańca, światła, barwnych przepięknych strojów, muzyki, śpiewu i wyczynów
akrobatycznych. Byłem zdumiony architekturą Schenzen i Honk Kongu, wielkością i bogactwem form architektonicznych, przemieszaniem tradycji z nowoczesnością. Jakoś mi nie pasuje nazywanie tej wyprawy wycieczką. To coś więcej. Każde zdarzenie, począwszy od posiłku, skończywszy na zwiedzaniu i zakupach było przygodą. Odkryliśmy z chłopcami (zwycięską drużyną Quan Rolnicy, przyp. red.), że targowanie się w sklepie jest równie ekscytujące jak próbowanie nieznanych potraw. Mogę śmiało powiedzieć, że była to najciekawsza podróż mojego życia. Potrzebuję jeszcze wielu dni, aby uporządkować wrażenia i nowe doświadczenia.


Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała: Anna Kwolek